

Za oknem już była jesień. Kaszko polatywał sobie nad miastem i dla zabawy zrzucał z drzew te liście, które same nie mogły spaść, a potem rozwiewał je przed nosami psów i kotów.
„To świetny dzień na jakąś figlo-miglową przygodę“ – pomyślał Kaszko, przysiadł na potężnym dębie i rozmyślał, co mógłby dziś robić. Zorientował się, że spogląda na domek, w którym mieszkają Maksio z Majką.
„A to co?“ – pomyślał, nie wierząc własnym oczom.
W pokoiku zobaczył coś bardzo dziwnego, ale nie wiedział, co to jest, więc podleciał bliżej do okna. Kiedy usiadł na swoim ulubionym parapecie, oczy mu się zaokrągliły. Majka z Maksiem mieli na ścianie płótno, które zawiesił im tam tata, właściwie było to stare prześcieradło, ale wyglądało jak prawdziwe płótno. Oboje chodzili wokół niego, coś malowali, odsuwali się i...
„Haloo!“ – krzyknął Kaszko zza okna.
Majka tak się przestraszyła, że aż puszka z farbą wypadła jej z ręki, Maksio poślizgnął się na rozlanej farbie i upadając, zrobił pędzlem wielką niebieską krechę przez cały obraz.
„To twoja wina, Kaszko“ – wysapał Maksio i zaczął sprawdzać, czy sobie czegoś nie złamał.
„Przepraszam, ale nie rozumiem, co robicie“ – powiedział Kaszko.
„To jest mapa“ – oznajmiła Majka, ścierając farbę z podłogi.
„Mapa?“ – zdziwił się Kaszko.
„Mapa naszego tajemnego miasta“ – odparł Maksio.
„Aha“ – przytaknęły dzieci.
„Dzisiaj jest świetny dzień na przygodę“ – zaczął wyjaśniać Maksio, pomagając przy tym siostrze zmywać podłogę.
„To prawda!“ – Kaszkowi zaświeciły się oczy.
„Więc postanowiliśmy, że jeśli nie możemy przeżyć czegoś naprawdę tajemniczego i pełnego przygód, to wymyślimy sobie tajemne miasto“ – powiedział Maksio.
„Ahaaaa“ – zrozumiał Kaszko.
„A to jest mapa tego miasta“ – dodała Majka.
„Czyli chcecie poznać tajemne miasto?“ – Kaszko usiadł na stoliku i machał swoim ogonkiem.
„Znasz takie?“ – oboje obrócili się od mapy w stronę Kaszka.
„Kilka“ – powiedział Kaszko, nie przestając machać nogami i zerkając, czy dzieci podchwyciły jego pomysł.
Dzieci wytrzeszczyły oczy.
„Wystarczy jedno!“ – krzyknęły.
„No to nie wiem, na co czekamy?!“ – zawołał Kaszko wznosząc się aż pod plafon.
„Tylko na ciebie!“ – krzyknęły dzieci i zanim skończyła się pierwsza zwrotka ich ulubionej piosenki, już były spakowane i gotowe do drogi.
„To jak wyruszamy?“ – zapytały zgodnie.
„Hu huuuuuuuu!“ – zahukał Kaszko.
„Sową?“ – zdziwiło się rodzeństwo
„Pociągiem!“ – wyjaśnił Kaszko.
„Co prawda brzmiało to jak sowa..., ale pociąg jest lepszy“ – stwierdził Maksio.
„Naprawdę brzmiało jak sowa?“ – dopytywał się Kaszko i przez całą drogę na dworzec próbował naśladować dźwięk pociągu. Dotarli na dworzec, wsiedli do pociągu i wyruszyli w podróż.
„Kaszko, ale to przecież Zamek Spiski“ – posmutniały dzieci.
„Macie rację“ – rzucił od niechcenia Kaszko.
„Ale to jest zamek, a nie zaginione miasto“ – powiedziała rozczarowana Majka.
„My jednak nie wybieramy na zamek“ – tajemniczo oznajmił duszek z krainy Figle-Migle.
„Nie?“ – spytali rozglądając się wokoło Maksio i Majka.
„Obiecałem wam tajemne miasto?“ – spytał Kaszko.
„Obiecałeś!“ – potwierdziły dzieci.
„To poczekajcie“ – poprosił duszek.
Po chwili trafili w krainę baśni. Nie takiej zwykłej baśni, lecz prawdziwej, tajemniczej, pięknej baśni o olbrzymach. Znaleźli się pośród wielkich skał, które przypominały wieże zamków, kościołów, domów i...
„Wygląda, jakby mieszkały tu olbrzymy“ – wyszeptały dzieci.
„Naprawdę, kiedyś tu mieszkały olbrzymy“ – szepnął im do ucha Kaszko.
„Olbrzymy?“ – dzieci zwolniły krok.
„Tak napisano“ – potwierdził Kaszko.
„A są tu jeszcze?“ – cichutko spytała Majka.
„Już nie“ – odpowiedział smutno Kaszko, a Majka z Maksiem odetchnęli z ulgą.
„Posmutniałeś jakoś?“ – powiedział zdziwiony Maksio.
„Olbrzymy były świetnymi kumplami“ – wyjaśnił Kaszko.
„Jasne!“ – zaśmiały się dzieci.
„Czy jechałaś kiedyś na grzbiecie olbrzyma?“ – spytał Majkę duszek.
„No, nie“ – odpowiedziała Majka.
„Albo grałaś kiedyś z olbrzymami w nogę?“ – dopytywał dalej Kaszko.
„Też nie“ – przyznała Majka.
„Mieli taką wielką bramkę, że każdy zawsze do niej trafiał“ – uśmiechnął się pod nosem Kaszko.
„A wy mieliście małą, bo jesteście mali, prawda?“ – spytał Maksio.
„A ponieważ piłka była wielka, to wciąż wygrywaliście“ – dalej dociekał chłopiec.
„Tak-tak – moje olbrzymki kochane“ – westchnął Kaszko.
„Kaszko, ale gdzie jest to miasto?“ – niecierpliwiła się Majka.
„Tu!“ – powiedział Kaszko i się zatrzymał.
„Ale, przecież tu są tylko skały“ – zdziwiły się dzieci.
„A wy jesteście tylko dziećmi“ – wycedził przez zęby rozbawiony Kaszko.
„Chwila, chwila!“ – oburzyło się rodzeństwo.
„Chodzi mi o to, że jesteście ludzkimi dziećmi i dlatego widzicie tylko to, co widzicie“ – wyjaśnił duch.
„Aha...“ – kiwnęły głowami dzieci.
Wtem Kaszko wyciągnął dziwną piszczałkę i zagrał na niej, a z kamiennych wież zaczęły wynurzać się różne duchy.
„Kto nas wzywa?“ – rozległo się ze wszystkich stron.
„To ja – Kaszko!“ – odpowiedział duszek.
„Kaszko?!“ – krzyknęły duchy i zapytały: „Czemu nas wzywasz?“
„Przybyłem tu z przyjaciółmi” – odpowiedział Kaszko.
„Ludźmi?“ – spytały duchy, które zatrzymały się i przybrały groźne pozy.
„Dziećmi, które widzą duchy“ – wyjaśnił Kaszko.
„A, to co innego!“ – odrzekły duchy.
„I bardzo chciałyby zobaczyć tajemne miasto duchów“ – ciągnął dalej Kaszko.
„Myślisz, że możemy je im pokazać?“ – spytał duch z wielką brodą i w okularach jak Harry Potter.
„To najlepsze dzieci, jakie tu żyły w ostatnich 286 latach– od czasów Gertrudki i Fredzia“ – powiedział Kaszko.
„A kim oni byli?“ – zapytała szeptem Majka.
„Nie teraz“ – Kaszko upomniał ją, uśmiechając się tajemniczo. W tym momencie jeden z duchów zaczął śpiewać pieśń, a reszta dołączyła do niego.
„Śpiewajcie też“ – szepnął Kaszko.
Maksio z Majką zaczęli śpiewać, a wtedy kamienne wzgórki przemieniły się w wieże i domy. Wszędzie był ruch i piękne budowle, zupełnie inne niż dzisiejsze. Wszystko było niezwykle kolorowe i przytulne, na zewnątrz wisiały hamaki do leniuchowania i...
„Ale świetnie!“ – Majka nie wierzyła własnym oczom.
„To jest, dzieci, Dreveník“ – powiedział Kaszko.
„Dreveník?“ – zdziwiły się dzieci.
„Tak nazwali to miasto ludzie, ale my duchy nazywamy je tajemniczym miastem duchów z krainy Figle-Migle –Fimitamidą” – oznajmił Kaszko.
„Fimitamidą?“ – zdziwiły się dzieci.
„To skrót od figlo-miglskiego tajemniczego miasta duchów“ – wyjaśnił duszek.
„Aha, to jest wasza nazwa tego miasteczka!“ – wykrzyknęli Majka i Maksio, bo wreszcie zrozumieli.
„No to, zobaczmy je!“ – krzyknął Kaszko.
Dzieci spędziły w Dreveníku cudowny dzień. Latały z duchami po domach, zjeżdżały z 200-metrowej zjeżdżalni i były na wieży widokowej duchów.
„Stąd obserwujemy ludzi, którzy przyjeżdżają do Dreveníka na wycieczki. Oho, tam już idą następni“ – powiedział Kaszko.
Duchy bawiło to, jak ludzie oglądają piękne kamienne kształty i cudną przyrodę, nie wiedząc wcale, że są obserwowani przez duchy.
„To jest przepiękne“ – wyszeptała Majka.
„Szkoda, że my ludzie nie mamy takiego tajemnego miasta...“ – powiedziała dziewczynka.
„Ależ macie“ – wycedził Kaszko trzymający dla zabawy źdźbło trawy między zębami.
„Mamy?“ – spytało zaskoczone rodzeństwo.
„No jasne“ – potwierdził Kaszko.
„Ale gdzie?“ – dopytywał Maksio.
„Niedaleko stąd” – powiedział Kaszko, spoglądając na dzieci.
„Cooo?!“ – wykrzyknęły uradowane dzieci.„Naprawdę?“ – krzyknęli zdumieni Maksio i Majka.
„Miloj“ – odpowiedział Kaszko.
„Miloj kto?“ – dzieci nic nie rozumiały.
„Miloj to nazwa tego miejsca i miasta“ – powiedział duch, wstając z ziemi.
„Nigdy nie słyszałam o takim miasteczku“ – wyszeptała Majka.
„To właściwie mała wioska…, bo to była wioska…, ale właściwie… wiecie, co lepiej się tam wybierzmy!“ – zdecydował Kaszko.
Dość długo zabawili w Dreveníku, więc zażyli jedno z magicznych ziół Kaszka i polecieli z nim do Miloja.
„Zanim pójdziemy na Miloj, musimy jeszcze zatrzymać się w Žehrze, by zabrać pewną magiczną rzecz“ – oznajmił Kaszko.
„Co ty mówisz?” – spytały zdziwione dzieci. „Dobrze“ – zgodziły się dzieci.
Po krótkiej chwili stali u podnóża niewielkiego wzgórza, na którego szczycie stał jeden z najpiękniejszych kościółków, jakie widzieli, a prowadziło do niego wiele schodów.
„Takiego kościółka jeszcze nie widziałam“ – powiedziała Majka, nie mogąc oderwać od niego oczu.
„Faktycznie jest przepiękny” – potwierdził Maksio.
„To jeden z najstarszych kościółków w Figlach-Miglach, a również we wszystkich sąsiednich krainach“ – powiedział Kaszko.
„Aha“ – powiedziały dzieci i spojrzały na siebie.
„Przede wszystkim jednak to jedyny kościółek w krainie Figle-Migle i w okolicznych krainach, który zachował się w niezmienionym kształcie od kilku stuleci“ – mówił dalej duszek.
„Cudeńko!“ – zachwycał się Maksio.
„No to, chodźmy!“ – zawołała Majka.
„Powoli“ – ostudził ich zapał Kaszko.
„Przecież będziemy ostrożni...“ – żachnęły się dzieci.
„Każdy, kto chce zobaczyć tajemne miasto Miloj, musi najpierw pokonać te 93 schody“ – zaczął mówić Kaszko.
„I?“ – dzieci nie rozumiały, w czym problem.
„Każdy schód musi poczuć na sobie obie nogi wchodzącego“ – ciągnął dalej Kaszko.
„Czyli musimy na nie wskakiwać?“ – spytali Majka i Maksio.
„Wystarczy wejść obiema nogami na schodek“ – wyjaśnił duszek.
„Jasne! A potem?“ – dzieci przebierały nogami z niecierpliwością.
„A potem przejść koło tego muru, który zbudowano wokół kościółka“ – pouczał dzieci Kaszko.
„Nie rozumiem, po co wokół kościółków są mury“ – zasępiła się Majka.
„Gdzie stały kościółki?“ – zapytał niczym nauczyciel Kaszko.
„Na wzgórzach“ – chóralnie jak w szkole odpowiedzieli Maksio i Majka.
„Kiedy ktoś napadł jakąś wieś lub miasteczko, wtedy ludzie chronili się w największym budynku, jaki był w danej miejscowości“ – tłumaczył Kaszko.
„W kościółku!” – zrozumiały dzieci.
„A żeby żołnierzom było trudniej go zdobyć…“ – ciągnął duszek.
„Ufortyfikowano go“ – wtrącił mu się w słowo Maksio.
„No właśnie!“ – potwierdził Kaszko.
Dzieci i Kaszko wspięli się po dziewięćdziesięciu trzech schodach i stanęli przed murkiem, za którym był przepiękny kościółek. Wyglądał jak czapka jakiegoś olbrzyma albo ogromnego anioła. Przeszli wzdłuż muru i weszli przez bramę na teren kościoła.
„I co teraz?“ – niecierpliwie przytupując nogą, spytał Maksio.
„Wchodzimy do środka“ – zarządził Kaszko.
Kiedy weszli do środka, najpierw oniemieli z wrażenia, a potem Maksio krzyknął:
„Kaszko, ależ to nie wygląda jak kościółek, ale jak galeria!“
„Dawniej każdy kościółek zdobiły malowidła, ale nie w każdym były tak piękne jak w tym“ – rozmarzył się duszek.
Dzieci zaczęły podziwiać malowidła na ścianach, przedstawiające różne postacie i istoty. Niektóre z nich były dosyć dziwne, na przykład lew.
„To jest tutaj“ – oznajmił Kaszko.
„Co jest?“ – zapytały dzieci.
„Drzewo Życia“ – odparł Kaszko
„Aha“ – kiwnęła ze zrozumieniem Majka.
„Kiedy dotkniemy odpowiednich liści tego Drzewa Życia, powinniśmy coś dostać...“ – wyjaśnił Kaszko.
„Jakie coś?“ – nie wytrzymała Majka.
„Nie wiem, ale to coś pozwoli nam zobaczyć tajemne miasto“ – wyszeptał Kaszko, szukając odpowiednich listków na fresku.
Dzieci i Kaszko podeszli do Drzewa Życia, każde z nich znalazło najpiękniejszy dla siebie listek i czekali. Nagle w kościółku trochę pociemniało i w tym momencie poruszył się na ścianie dziwny lew. Zaryczał, wskazał kamienny garniec, a potem znikł.
„Co też może być w tym garncu?“ – mała Majka z ciekawości aż wstrzymała dech.
„To nie jest garniec, lecz kamienna chrzcielnica“ – wytłumaczył dzieciom Kaszko.
„Do niej wkładano dzidziusie, kiedy je chrzczono?“ – spytała Majka.
„Wtedy nie chrzczono niemowląt, lecz dorosłych ludzi“ – wyjaśniał Kaszko, wyciągając z chrzcielnicy trzy bębenki.
„Co to jest?“ – spytał Maksio.
„Już wiem!“ – wykrzyknął Kaszko i polecieli.
„Jesteśmy na miejscu, Kaszko?“ – zapytały dzieci
„Tak – cudo, prawda?“ – odparł duch.
„Ale to nie jest żadne miasto ani miasteczko…, ani nawet nie wieś“ – dzieci z rozczarowaniem rozglądały się dookoła.
„Teraz jest tu tylko jedna wieżyczka kościółka” – tłumaczył Kaszko.
„Ta wieża to jedyna rzecz, która została po dawnej wsi?“ – spytał Maksio.
„Teraz korzystają z niej tylko duchy, kiedy przelatują przez Figle-Migle“ – tłumaczył dzieciom Kaszko.
„By odpocząć?“ – zagadnął Maksio.
„Nie, używają jej jako zegara słonecznego“ – pokręcił głową Kaszko.
„Świetnie. A co my zrobimy?“ – dopytywała Majka.
„A my teraz zagramy sobie na bębenkach“ – powiedział duszek.
„Co ty mówisz?” – spytały zdziwione dzieci. „Dobrze“ – zgodziły się dzieci.
Wszyscy troje usiedli na przepięknej wieżyczce, która wyglądała, jakby wyrosła spod ziemi, zupełnie jak Drzewo Życia w kościółku w Žehrze.
„Po co gramy?“ – zapytały dzieci.
„Przywołujemy deszcz“ – odpowiedział Kaszko.
„Deszcz?“ – Maksio z Majką nie rozumieli.
„Powiadają, że w Miloju żyli źli ludzie i dlatego wszystkie ich domy zapadły się pod ziemię“ – odpowiedział Kaszko.
„No to nie powinniśmy ich rozzłościć!“ – przestraszyła się Majka.
„Ale prawda jest taka, że pewnego roku wyschła rzeczka, mało padało i nastała wielka susza…“ – snuł dalej opowieść Kaszko.
„I ludzie zaczęli opuszczać domki, tak?“ – Majka szybko przerwała Kaszkowi i dalej grali na bębenkach.
„Właśnie tak. A Matka Natura i duchy, które już wtedy używały tej wieży jako zegara słonecznego, trochę się pogniewali na ludzi, więc pozwolili, by ich domki zniknęły pod ziemią“ – dokończył Kaszko.
„I zyskały świetny zegar słoneczny“ – dodały dzieci.
„No właśnie!“ – potwierdził Kaszko.
Gdy tak grali, na nosy spadły im pierwsze krople i zanim się zorientowali, zaczęło padać. Wokół przepięknej wieżyczki pojawiło się kilka domów i domków. Dzieci przechadzały się wśród nich, a Kaszko latał tu i tam, nie przestając grać.
„Doooość!“ – krzyknął Kaszko, ale już było za późno. Rozpadało się tak, że woda zaczęła ściekać do wieżyczki.
„No to narobiliśmy…“ – powiedział Maksio.
„Schowajmy się!“ – krzyczała Majka, biegnąc na oślep w stronę zagajnika.
„Ale gdzie?“ – spytał Maksio.
„Do bunkra!“ – wskazał przeciwny kierunek Kaszko.
„Zbudujemy sobie bunkier?“ – zapytał Maksio.
„Tu niedaleko jest bunkier“ – odpowiedział Kaszko.
„Bunkier?“ – zdziwił się Maksio.
„Wojskowy bunkier“ – potwierdził Kaszko.
„Oooooooo…“ – zdziwił się Maksio tak, że aż wytrzeszczył oczy.
Po chwili już stali przy drewnianym bunkrze. To znaczy drewnianym tylko z zewnątrz. Od środka był to normalny podziemny bunkier, w którym jest teraz wystawiany rozmaity ekwipunek wojskowy, ale przede wszystkim można dowiedzieć się wszystkiego o tym, jak leczono żołnierzy w takich bunkrach w czasie wojny.
„Ten bunkier nie stoi tu długo – nawet nie sto lat, ale to świetne miejsce“ – powiedział Kaszko.
„Tak, zwłaszcza gdy na zewnątrz tak leje!“ – zgodził się Maksio.
„Tym bardziej że, przecież bolą was palce od grania na bębenkach…” – dodał duszek.
Dzieci spojrzały na swoje paluszki, które były całe czerwone od grania na bębnach i przywoływania deszczu.
W bunkrze znaleźli wojskowe bandaże, maści i… i przestało padać.
Kiedy wieczorem dzieci leżały w łóżeczkach, patrzyły na niebo i nie mogły zamknąć oczu.
„Maksiu?“ – szepnęła Majka
„No?“ – odparł Maksio.
„A co, jeśli tamten obłok jest tajemnym miastem?“ – zapytała dziewczynka.
„Może jest“ – odpowiedział jej brat.
„Musimy zabrać mamę i tatę do Dreveníka i do Miloja, i do Žehry“ – postanowili.
„Musimy to zrobić“ – przyrzekły sobie dzieci, a przed ich oczami z wolna zaczynał już snuć się sen o przeżytych przygodach.



